"Ulica" w giełdowej hossie udziału nie bierze


Choć na warszawskiej giełdzie trwa hossa, fundusze akcji polskich nie cieszą się zbyt dużą popularnością. W sierpniu, mimo świetnej koniunktury, zanotowały one odpływ aktywów. Może to sugerować, że przeciętni Kowalscy w giełdowej hossie udziału nie biorą.


WIG20 jest obecnie notowany na poziomach najwyższych od dwóch lat, a między początkiem lipca a końcem sierpnia zaliczył rajd o 9,4 proc. w górę. Sam sierpień blue chipy zakończyły wzrostem o 5,5 proc. Od dna ostatniej bessy zaś (styczeń 2016) indeks ten urósł już o przeszło połowę. Choć troszkę słabszy w ostatnich tygodniach, dobrze radzi sobie także WIG, który od dna także oddalił się o przeszło 50 proc., a w ostatnich dwóch miesiącach zanotował wzrost o 6,5 proc. Dodatkowo na wyciągnięcie ręki są historyczne maksima indeksu szerokiego rynku, do których obecnie brakuje około 4 proc. 


Biorąc pod uwagę śmiesznie niskie oprocentowanie lokat, warunki te wydają się idealne dla zainteresowania szerszego grona Polaków giełdą. Z najnowszych danych Trigon DM wynika jednak, że - przynajmniej na polu funduszy inwestycyjnych - sytuacja wygląda odwrotnie. W sierpniu fundusze polskich akcji odnotowały nie napływ, a odpływ środków, który sięgnął aż 186 mln zł.  



Hossa na GPW trwa


I co istotne, nie jest to odosobniony przypadek. By znaleźć ostatni miesiąc z porządnymi napływami trzeba się cofnąć do początku roku. Po słabej drugiej połowie 2015 roku i fatalnym 2016 roku styczeń i luty 2017 roku przyniosły zwiększone zainteresowanie funduszami polskich akcji. Kontynuacji funduszowej hossy jednak nie było. W marcu, maju i czerwcu zanotowano spore odpływy - te majowe były nawet wyższe od sierpniowych - w lipcu i kwietniu zaś saldo było bliskie zeru.



Hossa jest, napływów do funduszy brak


Jeden z tropów mógłby wskazywać, że Polacy po prostu nie chcą inwestować w fundusze (choćby ze względu na opłaty). Być może niektórzy mają także złe wspomnienia związane z tymi z 2007 roku, gdy Polacy masowo ruszyli wykupować udziały w funduszach, które zaliczyły spektakularne spadki, gdy na rynku wybuchł kryzys.


Polacy ruszyli do funduszy, ale nie akcyjnych

Teorii o niechęci do funduszy przeczą jednak dane z innych klas aktywów. Przykładowo do funduszy obligacyjnych (powszechnie uważanych za nieco bezpieczniejsze od akcyjnych) napłynęło w sierpniu 555 mln zł, zaś do teoretycznie jeszcze bardziej bezpiecznych funduszy rynku pieniężnego 993 mln zł. To spore kwoty, mimo iż te klasy aktywów nie dają raczej zbyt dużych stóp zwrotu (szczególnie pieniężne). Być może jednak to właśnie w tego typu funduszach (z uwagi na ich bezpieczeństwo) Polacy szukają substytutów lokat. Bo po co iść do banku z 1000 zł, skoro po roku dostanie się za to kilkanaście złotych? Fundusz jest bardziej elastyczny i wymaga mniej zachodu, stąd pewnie owo zainteresowanie. Ogółem do funduszy w sierpniu napłynęło 1,82 mld zł, ciężko więc mówić o jakiejkolwiek awersji względem samych TFI.



Polacy wpłacają pieniądze do TFI, ale nie wybierają akcji


Dodatkowo warto zwrócić uwagę, że niechęć do akcji dotyczy tylko funduszy polskich papierów. Zagraniczne zanotowały w sierpniu napływ środków rzędu 78 mln zł. Z jednej strony może to być pokłosie atrakcyjnych stóp zwrotu, jakie oferowały ostatnio np. odbijająca od dna Turcja. Z drugiej polski inwestor, aby zainwestować w polskie akcje, może założyć standardowy rachunek maklerski i grać bezpośrednio na GPW, bez płacenia prowizji funduszowi. Z akcjami zagranicznymi jest nieco trudniej, choć oczywiście inwestowanie w nie nie jest niemożliwe.


"Drobni" rosną w siłę, tylko nowych brak


I tutaj być może dochodzimy do jednego ze źródeł słabszych wyników funduszy. Ci, którzy zainteresowani są lokowaniem pieniędzy na GPW, robią to przez rachunki maklerskie. Widać to zresztą po danych dotyczących obrotówW latach 2014-2016 półroczny obrót wygenerowany przez inwestorów indywidualnych ani razu nie przekroczył 30 mld zł. Minimum z pierwszego półrocza 2016 roku to ledwie 22 mld zł. Tymczasem w pierwszym półroczu 2017 roku obroty wygenerowane przez "indywidualnych" wyniosły aż 45 mld zł.  Rok do roku nastąpiło więc podwojenie. Dodatkowo to najwyższy wynik od drugiego półrocza 2011 roku. Zaś udział "drobnych" w ogólnych obrotach na GPW jest najwyższy od 2012 roku.



Drobni rosną w siłę (dane GPW)


Ciężko więc powiedzieć, że zainteresowanie giełdą wśród inwestorów indywidualnych nie rośnie. W latach wielkiej hossy szło jednak za nim również dodatnie saldo funduszy akcyjnych, tym razem tak nie jest - dlaczego?



Na liczbie rachunków lekkie odbicie. To wciąż jednak nie jest to zainteresowanie, które towarzyszyło GPW przed laty


Warto spojrzeć choćby na dane dotyczące nowych rachunków maklerskich. Wprawdzie wskaźnik ten drgnął w górę w ostatnim czasie - pomógł m.in. debiut Play - wciąż jednak nie widać tak gwałtownych wzrostów jak przed laty. I choć liczba rachunków jest największa od października 2016, wciąż daleko jej do poziomów sprzed choćby trzech lat, gdy przekraczała 1,5 mln sztuk. To sugeruje mały dopływ nowych inwestorów, za zwiększone obroty muszą więc odpowiadać starzy.


Hossa niedojrzała


Brak szerszego zainteresowania giełdą może być spowodowany tym, że hossa jest jeszcze zbyt mało dojrzała. Widać to zresztą, gdy spojrzymy na indeks sWIG, który znajduje się obecnie na półrocznych minimach. Mamy więc obecnie przy Książęcej swego rodzaju giełdę dwóch prędkości. Tak było zresztą i rok temu, choć układ był wówczas odwrotny. To małe i średnie spółki ciągnęły wzrosty, a WIG20 tułał się w europejskim ogonie. Poza tym co to za hossa bez rekordów? W Ameryce i na wielu europejskich giełdach już dawno pobito osiągnięcia z 2007 roku, w Polsce to wciąż one figurują jako historyczne maksima.


Hossa nabrała więc już takiej dojrzałości, by zainteresować powrotem na giełdę ludzi i tak - mniej lub bardziej - śledzących temat, którzy owszem, skłonni są zainwestować tam pieniądze, ale bezpośrednio, a nie przez fundusze (warto zwrócić uwagę choćby na dane o aktywnych rachunkach maklerskich). Jednocześnie hossa jest na tyle niedojrzała, że nie przyciąga uwagi zwykłych Polaków, którzy giełdą interesują się tylko wówczas, gdy na rynku "zarabia każdy". To oni mogliby ewentualnie zakładać nowe rachunki i przede wszystkim próbować swoich sił na giełdzie przez fundusze. Powściągliwe wydają się także banki, które są obecnie mniej skore niż np. w 2007 roku do "pchania" swoim klientom funduszy.


Kiedy Polacy ruszą na GPW?

Zainteresowanie "przeciętnego Kowalskiego" giełdą wcale nie musi się okazać jednak łatwe. Nie chodzi nawet o to, że brak na GPW szerokiej fali wzrostów. Giełda w ostatnich latach nie miała najlepszego politycznego PR-u, warto wspomnieć choćby kwestię OFE, starć Skarbu Państwa z akcjonariuszami mniejszościowymi, czy słynne porównanie GPW do kasyna. Także tutaj musi nastąpić poprawa, choć wielu zachęconych wizją dużych zysków pewnie nawet i czarny PR nie odstraszy (skoro nie dostrzegają wówczas ryzyka strat).


Być może swego rodzaju sygnałem dla "ulicy" (tak na rynku określa się niedoświadczonych inwestorów, pojawiających się pod koniec hossy, gdy o wzrostach głośno jest już we wszystkich mediach) do ruszenia na GPW będzie przebicie przez WIG historycznych rekordów (na pewno o GPW zrobi się wówczas głośno). Pytanie tylko ile jeszcze wówczas paliwa do wzrostów pozostanie zachodnim rynkom, z którymi jesteśmy mocno powiązani, a które w ostatnich latach nam wyraźnie odskoczyły. Newsy typu "Amerykańscy inwestorzy w najlepszych nastrojach od bańki internetowej" nie są może zapowiedzią rychłego kryzysu, ale pokazują, że za oceanem euforia już trwa.


Adam Torchała


Źródło: